niedziela, 4 października 2015

Ulubieńcy września 2015 - Aussie, Rimmel, Vis Plantis, Revlon, Nivea


Niewielu ulubieńców, ale wybrałam tylko te kosmetyki, których rzeczywiście intensywnie używałam w ostatnim czasie z bardzo zadowalającym efektem
:)


1. Revlon - Colorburst - masełko do ust - 045 Cotton Candy. Nie daje intensywnego koloru, jak to pisze producent, jest delikatny, można go trochę rozbudować, na zdjęciu efekt po 4 pociągnięciach. Zapach jest bardzo przyjemny, słodki. Konsystencja balsamu do ust i porównywalne nawilżenie. Błysk. Na moich ustach wytrzymuje ok 3 h, zjada się równomiernie, nie trzeba się tym przejmować. Jest idealny dla mnie, pielęgnacja balsamu, subtelny kolor, nie wymaga szczególnej uwagi, na co dzień i do pracy. Bardzo lubię i polecam :)



2. Vis Plantis - olejek różany - do twarzy, szyi i dekoltu. Największy ulubieniec września, choć może nie taki oczywisty. Mam go już parę miesięcy, ale nie używałam intensywnie, nie jestem fanką pielęgnacji olejami. Nie lubię tego uczucia lepkości, moja skóra też nie czerpie z tej metody zbyt wiele. Za to jakiś czas temu używałam <olejku do demakijażu z Bandi>, po wykończeniu opakowania, mimo początkowej niechęci, bardzo się z nim polubiłam, uznałam, że warto sprawdzić czy inne olejki będą miały podobne działanie. I muszę przyznać, że taka forma demakijażu bardzo mi pasuje. Najpierw zmywam makijaż płynem micelarnym, następnie nakładam olejek, robię łagodny masaż, łącznie z okolica oczu, zostawiam ten olejek na chwilę, czasami całkiem długą, a następnie wszystko zmywam żelem do mycia twarzy. Zapach jest bardzo przyjemny, podrażniona po płynie micelarnym i tarciu skóra jest ukojona, resztki makijażu rozpuszczają się i spływają. Długofalowo skóra poza tym, że jest lepiej doczyszczona i mniej podrażniona, to jeszcze jest aksamitna i bardziej jędrna, ale bez obciążania i zapychania, co jest dla mnie mega istotne przy mojej mieszanej, wrażliwej i problematycznej skórze. Olejki są dosyć łatwo dostępne, a i cenowo przystępne można znaleźć, wydaje mi się, że warto wypróbować taki sposób oczyszczania skóry twarzy. Ja na pewno polecam :)


3. Nivea - Diamond Gloss - pianka do włosów. To nie jest dla mnie nowość, ani odkrycie ostatniego czasu. Używam jej od lat. Używałam rożnych, polecanych przez fryzjerów również, ale do tej zawsze wracam i jestem z niej najbardziej zadowolona. Włosy są miękkie, a przede wszystkim lśniące i wyglądają na zdrowe. Fryzjerka, jak mnie spotkała na ulicy myślała, że jestem świeżo po koloryzacji u kogoś innego :P Przez wakacje unikałam produktów do stylizacji włosów, ale we wrześniu znowu do niej wróciłam, głownie ze względu na przetłuszczanie się włosów, a po piance zawsze dłużej zostają świeże oraz aby nadać im objętości, gdyż są dłuższe niż zazwyczaj. Bardzo dobrze mi się spisuje, nie pamiętam, które to już opakowanie, a na pewno będą kolejne :)



4. Rimmel - Wake Me Up - 103 True Ivory - podkład. Używałam go od wakacji, aż do wczoraj. Niestety czas już na coś jaśniejszego. Bardzo dobrze mi się z nim współpracowało, przyjemna lekka konsystencja, ładnie się rozprowadza, nie zapewnia pełnego krycia. Ładnie wyrównuje koloryt, rewelacyjnie rozświetla twarz, co mi się bardzo latem podobało, mimo zmęczenia i rożnych dziwnych nocnych perypetii wyglądałam znośnie. Skóra była bardziej promienna, wyglądała zdrowo, a jednocześnie nie było efektu maski, czego staram się unikać, wolę się lekko świecić, niż mieć sztucznie idealna, pudrową skórę. Moja codzienna tapeta to absolutny minimalizm, a z tym podkładem funkcjonowało mi się wyjątkowo dobrze. Nie wytrzymywał całego dnia w stanie idealnym, ale ścierał się całkiem przyzwoicie, niestety nie potrafię całkowicie nie dotykać twarzy, i nie wyglądało to źle. Nie zapychał i nie powodował przesuszenia, podrażnienia i uczucia ściągnięcia skóry. 



5. Aussie - Miracle Recharge - odżywiająca mgiełka do włosów. Włosy mi szwankują ostatnio, więc kupiłam dużo nowych produktów, żeby je wzmocnić. Nie jestem fanka tej marki, zwłaszcza zapach mnie odrzuca, a efekty nie powalały do tej pory. Ale z tym produktem się polubiłam, niby nie robi nic nadzwyczajnego, ale przede wszystkim ułatwia rozczesywanie, nie obciąża i delikatnie podnosi włosy. Nie jest to pewnie efekt, który można uznać za powód do zachwytu, ale ja mam włosy cienkie, szybko tracące objętość, przetłuszczające się u nasady i suche na końcach, tak więc bardzo splątane po każdym myciu. Mimo, że nakładam odżywkę do spłukiwania, włosy są mocno splątane, Tangle Teezer trochę pomaga, The Wet Brush jeszcze bardziej, ale szału nie ma, za to z ta mgiełka rozczesywanie jest dużo łatwiejsze i przyjemniejsze, zwłaszcza, że efektów ubocznych brak :)


Co myślicie o moich ulubieńcach?
TOP