poniedziałek, 30 listopada 2015

Denko listopada 2015


Co miesiąc mam wrażenie, że zużycie mam małe i może ze 2 produkty skończyłam. A jak już pozbieram, to mam stos, już nie wspominając o tym, że obowiązkowo o czymś zapomnę :P


1. Uriage - woda termalna. Mój ulubieniec, kupuję i denkuję, bez przerwy od roku. Pisałam o nim wielokrotnie, choćby w <pielęgnacji idealnej>.Super sobie radzi z ukojeniem mojej skóry po myciu. Miałam różne, ale tylko do niej wracam. Oczywiście kolejna już jest w użyciu i jeszcze jedna w zapasie. 


2. Schwarzkopf - Schauma - Fresh it Up! - <odżywka>. Wylądowała w ulubieńcach listopada, tylko dlatego, że działa. A to już jest mega osiągnięcie, zazwyczaj moje włosy nie reagują wcale, ewentualnie negatywnie na odżywki. A ta nakładana na całą głowę, nie obciąża włosów i nie szkodzi skórze głowy, wręcz mniej się przetłuszcza. Włosy po niej są miękkie i puszyste, na co dzień opcja bardzo dobra.


3. Biały Jeleń - PRObiotic - specjalistyczna emulsja do higieny intymnej. Bardzo dobra <emulsja>, nic jej zarzucić nie mogę. Już od paru lat używam ich produktów i nie planuję tego zmieniać. Oczywiście kolejne opakowanie już w użyciu. I kolejnych parę w szufladzie leży, zawsze mam zapas :P


4. Vevey Swiss - Regeneration - woda micelarny & tonik. Wyżera mi oczy :/ Wylałam pół butelki do zlewu, nie dało się tego używać, domywał, ale zdecydowanie zbyt wysokim kosztem. Wolałam wylać niż to przekazywać dalej. Mega się cieszę, że nie kupiłam kremu. Co prawda mam jeszcze krem do rąk i stóp, ale tu jest szansa, że krzywdy mi nie zrobią. Jestem zdecydowanie na NIE. 



5. Bandi - Female 35+ - energetyzujący multiaktywny koktajl. Mój KWC, wielokrotnie pojawiał się w <denku>, <ulubieńcach>, <porannej pielęgnacji>, a nawet doczekał się <własnego postu>. Serum, które moja skóra kocha. Jedynym powodem, że nie używam go 2 razy dziennie, jest obawa, że skóra się przyzwyczai, a nic lepszego jeszcze nie miałam. Oczywiście duży zapas czeka na swoją kolej :P


6. Naobay - Body peeling. Na szczęście to tylko próbka z pudełka <BeGLOSSY>, bo żałowałabym tego zakupu. Nie robi nic, zbyt drobny, zbyt łagodny. Niestety nie spełniał swojej funkcji. Może sprawdzi się dla kogoś kto peelingu w sumie nie potrzebuje, albo ma ekstremalnie wrażliwa skore ciała. 



7. Organique - piankowa maska do twarzy i ciała. Dawałam jej wiele szans, niestety moja skóra twarzy jej nie lubi. Ma bardzo przyjemna konsystencje i zapach, ale na tym pozytywy się kończą. Nie koi, wręcz mam wrażenie, że wyżera mi twarz, która po prostu płonie. A po tym nie wiem, nawilżenia także nie zauważyłam. Skóra ciała nie reaguje tak gwałtownie, ale nie sprawia mi to wielkiej przyjemności, więc leżała aż się przeterminowała. Co przyjęłam z ulga :/



8. Lovely - Gold Highlighter - rozświetlacz. Mój ulubieniec ostatniego półrocza. Gdyby mój synek nie zrzucił go na kafle, pewnie jeszcze długo nie szukałbym nowego. Był bardzo wydajny, idealny na co dzień. Wcale się nie dziwie, że tyle dziewczyn go zachwala. Mam Mary Lou, a jednak sięgałam po ten :P



9. Nivea - pomadka ochronna. Kiedyś były to moje ulubione pomadki, ale od momentu, gdy 3 pomadki pod rząd zaczęły mi śmierdzieć stęchlizną po 2 tygodniach używania, zniechęciłam się do nich. Obecnie kupuję je tylko jak BeBe nie ma. 


10. BeBe - pomadka ochronna. Mój KWC. Uwielbiam te pomadki. Mam ich setki. Wszędzie i od lat. Mój pierwszy wybór. Co jakiś czas skuszę się na coś nowego, ale i tak  tylko do nich wracam. Oczywiście sterty mam w zapasie :P


11. Uriage - krem CC. Miał być jasny, ale taki nie jest, nawet jak jestem opalona. Nie ma sensu, żeby leżał i tak się nie opalę aż tak mocno. Jego właściwości pielęgnacyjne też zostawiały wiele do życzenia. Nie polubiłam się z nim i tęsknić nie będę. W <porannej pielęgnacji>, jeszcze dobitniej napisałam, czemu go nie lubię :P



12. Evree - Revita Perilla - <olejek>. Tyle sie nasłuchałam o tej firmie, same ochy i achy. Ale moja skóra twierdzi inaczej, nie zrobił mi co prawda krzywdy, ale nic pozytywnego też nie, no i właściwości pielęgnacyjne zdecydowanie za słabe, żeby występował na skórze samodzielnie. Więc nie zdenerwowałam się jak syn zabrał go jako zabawkę do kąpieli. 


13. Avene - Couvrance - transparentny puder mozaikowy. Juz dawno przeterminowany, nigdy transparentny nie był, no i zawsze był ciemny. Nie martwił. W sumie jeden z większych błędów. Bardzo lubię ta firme, maja bardzo dobre kremy, niestety kolorówka to nie moja bajka. 


CZYTAJ DALEJ
sobota, 28 listopada 2015

Ulubieńcy listopada 2015 - Alterra, Purles, Rimmel, Isana, Bourjois, Schwarzkopf, Physiogel, Maybelline


Weny ostatnio nie mam, ale przyjemnych zaskoczeń kosmetycznych w tym miesiącu parę się trafiło :) 


1. Physiogel - Łagodzenie i ulga - krem łagodzący. Mój hit, a nawet nie wiem skąd go mam. Jakoś ma początku miesiąca dostałam paskudnego uczulenia tylko w okolicy oczy, całe powieki spuchnięte, czerwone, skóra schodzi, makabra. Nic po co sięgnęłam nie pomagało, w akcie desperacji, sięgnęłam po ta próbkę. Natychmiastowa ulga, zmiana od pierwszego użycia, po 2 dniach mi przeszło. Od tego czasu używam 2 razy dziennie na okolice oczu, dobrze się rozprowadza, nic złego już mi się nie dzieje, nie koliduje z makijażem. Skóra jest jędrna i nawilżona przez cały dzień. Ja jestem zachwycona. Zaopatrzę się w produkt pełnowymiarowy, żeby mieć pod ręka na wszelki wypadek. 




2. Purles - 111 - krem łagodzący. Kolejny hit pielęgnacyjny, jedna z nowości z <zakupu specjalnego>. Używam od początku listopada, razem z ochłodzeniem czas na nowy krem przyszedł. Ten jest idealny na tą porę roku dla mojej mieszanej, skłonnej do podrażnień i niedoskonałości skóry twarzy. Nie zapycha, nie podrażnia, bardzo przyjemna delikatna konsystencja przypominająca mus. Kolor mimo, że niebieski nie powinien przerażać, nie zostaje na dłużej. Rewelacyjnie łagodzi skóre po porannym prysznicu, a co lepsze, radzi sobie ze skokami temperatury, gdy wychodzę na dwór i wracam do środka. Jeśli wiecie co to zaczerwienione, zaognione policzki przy zmianie temperatury to jest krem dla was. Muszę przyznać, ze to odkrycie mnie zszokowało, do tej pory żaden krem z tym mało przyjemnym aspektem sobie nie radził. I zawsze wyglądałam jak burak póki mój organizm nie poradził sobie ze zmiana temperatury, nawet pod podkładem zaczerwienienie było widoczne. W końcu na dworze już koło zera bywa, a w budynku koło 20. Puki co krem działa cały dzień bez dodatkowej pomocy. Jestem bardzo ciekawa czy też przy niższych temperaturach będzie się tak rewelacyjnie spisywał. Na pewno kupię ponownie. 



3. Alterra - Biotyna & Kofeina - szampon. Podobno ma dobry skład, cena na częstych promocjach 5,99 zł, uznałam, że warto spróbować, wiele nie stracę. Do tej pory nie zwracałam na ta markę uwagi i to był błąd. To jest dobry, tani i wydajny szampon. Dla mnie szampon ma dobrze myć, zwłaszcza skórę głowy i nie obciążać włosów. Nie wierze w inne cudowne właściwości. I on dokładnie to robi. Dodatkowo ostatnimi czasy męczę moją skórę głowy rożnymi specyfikami mającymi wzmocnić moje włosy, niestety większość podrażnia mi skórę głowy, a ten szampon daje radę utrzymać wszystko w ryzach, bez swędzenia, pieczenia i łupieżu. Mam kilka różnych butelek szamponu na wannie, ale ten jest moim pierwszym wyborem, a jest chyba najtańszy ze wszystkich jakie miałam. Na pewno zagości u mnie na dłużej. A ponieważ promocja była, już kupiłam inne wersje i mamę tez zaopatrzyłam :P 



4. Schwarzkopf - Schauma - Fresh it Up! - odżywka. Nie będę ściemniać, kupiłam bo opakowanie mi się spodobało, jasne przeczytałam opis, a z niego wynika, że jest idealna dla moich włosów. Ale te opisy zawsze takie są, a z działaniem gorzej. Nie wiem czemu, ale od razu uznałam, że i tak działać nie będzie. Wiec wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, jakoś za połowa opakowania, jak zdałam sobie sprawę z miękkości moich włosów. Fakt ostanie czasy to jakieś szaleństwo, ale chyba nigdy tak późno nie zorientowałam się, że coś działa. Nie mówię o genialnych efektach, ale nakładana na cała głowę, nie zapycha skóry głowy, odrobinę ogranicza przetłuszczanie się włosów i nie obciąża ich. Po wysuszeniu włosy są bardzo przyjemnie miękkie. Na co dzień pod prysznic super. Oczywiście maska raz w tygodniu jest konieczna. Podsumowując, ja jestem zadowolona, jak tylko zmniejszy mi się zapas szamponów i odzywek, jest to seria do której jeszcze raz wrócę. 



5. Isana - Young - korektor - kolor jasny. Kartonika już nie mam, o ile dobrze pamiętam skusiłam się na niego na mega promocji Rossmanna, ale po obejrzeniu filmików Digital Girl. Alternatywa dla kamuflażu z Catrice, który mam, ale skusiłam się, gdyż ma służyć na wypryski i pomagać je zasuszać. I dokładnie to robi. Dobrze kryje, konsystencja kremowa, dobrze się rozprowadza, choć kamuflaż Catrice jest mocniejszy i trwalszy, ale ten wygrywa dodatkowym aspektem pielęgnacyjnym. Ja już nie mam z pryszczami wielkiego problemu, ale niestety nie mogę pozbyć się go całkowicie. Więc korektor, który nie tylko kryje, ale też pomaga leczyć zmiany na mojej skórze zdecydowanie wygrywa. 



6. Maybelline - Color Tattoo - Creamy Mattes - Creme De Rose. Uwielbiam, wrzuciłam małe <porównanie> tych, które mam, fanka ich nie byłam. Ale wszyscy tak zachwalali nowa serie, że przy Rossmannowej promocji postanowiłam dać jeszcze jedną szansę, jak trafię na nie zmacany egzemplarz. A tydzień wcześniej była promocja w Super-Pharm, cień nie zmacany, wiec jest mój. I od zakupu używam codziennie, żeby wyrównać kolor powieki, czyli rozjaśnić spojrzenie. Mimo dziwnej reakcji alergicznej, która mnie dopadła na pielęgnacje, też używałam, żeby ukryć zaczerwienienie i nie straszyć wyglądem. Po tym teście nie było opcji, żeby nie trafił do ulubieńców, sprawdził się rewelacyjnie. Kremowy, dobrze się rozprowadza, ładnie stapia ze skóra powieki, nie zbiera mi się w załamaniu, a nęka mnie to notorycznie. Długo się utrzymuje, ale nie wytrzyma całego dnia, po paru godzinach zaczyna zanikać, równomiernie, wiec jak na moja tłusta powiekę bomba. Już kupiłam kolejny odcień. 



7. Bourjois - Twist up the Volume - tusz do rzęs. Kolejny efekt promocji, ale jaki pozytywny. Nie byłam pewna czy zabawy ze szczoteczka spodobają mi się, ale to był strzał w dziesiątkę, gdyż mam małe i głęboko osadzone oczy, czyli niestety często moje powieki są usmarowane tuszem. A jak skręciłam szczoteczkę do mniejszego rozmiaru to moje problemy także się zmniejszyły. Poza tym mimo, że tusz jest świeży, fajnie się rozprowadza, nie brudzi, pogrubia, pięknie rozczesuje i wydłuża. Na razie plasuje się wysoko na liście moich ulubionych tuszy i sięgam po niego z wielka przyjemnością. 



8. Rimmel - Wake Me Up - podkład - 100 Ivory. Kocham ten podkład, mój <pierwszy> już był za ciemny, testowałam inne jaśniejsze, ale na promocji ręka sama po niego powędrowała i od tego czasu wszystkie inne poszły w odstawkę. Lubię siebie w tym podkładzie, jest rozświetlający i mimo, że mam mieszana cerę i powinnam unikać błysku, czuję się w nim zdrowo. Zabiera moje zmęczenie, wyglądam jak po wielu godzinach dobrego snu, na co nie mogę liczyć od dłuższego czasu. Nie jest mocno kryjący, ale jest lekki i ładnie stapia się ze skóra, nie obciążając i nie zapychajcie jej. Na chwile obecną nie trafiłam na inny, który tak bardzo przypadłby mi do gustu. 

CZYTAJ DALEJ
poniedziałek, 23 listopada 2015

Książki przeczytane w październiku 2015


Ogromna przerwę miałam, ale już wracam. Nie przepadam za listopadem, to chyba zawsze najcięższy miesiąc dla mnie. Ale zaraz święta, już kompletuję prezenty, więc zaraz się nakręcę pozytywna energią, którą grudzień zawsze przynosi :)  A poniżej parę słów o książkach, które mam wrażenie czytałam wieki temu :) Kolejność przypadkowa, ale to co najlepsze znajdziecie na końcu :P


1. EL James - Grey. Tak, tak kolejny tom 50 twarzy Grey'a. Obiecywałam sobie po tym jak męczyłam 2 tom, że więcej nie sięgnę. Ale zwale winę na Instagram, wszędzie ją widziałam i opinie były zaskakująco pozytywne. A ja kocham kolejne tomy książek, które już czytałam. Niestety łatwo ulegam magii opasłych tomiszczy. No i nie ma co owijać w bawełnę, byłam ciekawa jak wyglądała ta historia okiem Christiana. Zawiodłam się, bo nie było tu nic innego, ta sama historia , choć na szczęście bez wewnętrznej bogini. Bardzo przyjemnie napisana, szybko przeczytałam. A ponieważ skończyła się jak tom 1, wiec i kontynuacja zapewne będzie. Ale już się nie skuszę. 
Moja ocena 3
685 stron



2. Marcin Prokop - Jego wysokość Longin. Kolejny tom już w sprzedaży, byłam ciekawa tej książki. A jako że kompletuje biblioteczkę dla syna to miałam dodatkowy powód, żeby się skusić, no i promocja była :P Muszę przyznać, że książeczka jest bardzo przyjemna, łatwo wciąga, pokazuje dzieciństwo i harce chłopca do których mi blisko. A i śliczne ilustracje Joanny Rusinek zdecydowanie podnoszą walory książeczki. Mam pewność, że za parę lat kolejny czytelnik chętnie po nią sięgnie, a ja przy okazji zaopatrzenie się w tom 2
Moja ocena 4
159 stron



3. Ewa Grzelakowska-Kostoglu - Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu. Przez ta książkę popełniłam <ogromny zakup książkowy>, mimo, że czasu na czytanie nie mam, a tu jeszcze kolejny #bookathon się zbliża. Jakbym nie kombinowała to książka jest fajną opcją na prezent dla każdego, kto choć trochę wykazuje zainteresowanie makijażem. Są to same podstawy, w pięknej szacie graficznej. Nie ma tam nic nowego dla fanów Ewy, ale za to wszystko jest fajnie zebrane. Poświęciłam jej 2 wieczory, ale jeszcze na pewno wrócę choćby do konturowania. Cieszę się, że się skusiłam, powiem więcej, po niej mam ochotę na więcej wypocin naszych polskich YouTuberów :)
Moja ocena 4
192 strony



4. Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka - Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość. Piszę o niej na końcu, gdyż już poszła dalej, pożyczyłam koleżance, więc nie mogę zrobić zdjęć, ale coś z telefonu udało mi się wygrzebać. Poszła w świat, bo to jedna z lepszych książek, jakie ostatnimi czasy czytałam. A takimi książkami trzeba się dzielić, one nie mogą się kurzyć na półce. Podchodziłam do niej z wielka rezerwą, po paru wypowiedziach w mediach, które usłyszałam, a potem po paru kolejnych o tym co robi, miałam o nim bardzo dobre zdanie. Dystans do siebie, w końcu nazwał się onkocelebrytą, oraz stosunek do wiernych, bardzo odpowiada mojej wizji Kościoła. Ale w kwestie religijne wchodzić nie będę. Religia nie jest tematem po który często sięgam, bardziej interesował mnie człowiek. Człowiek, który mimo wyroku, daje z siebie więcej. Pokazał fragmenty swojego życia, które mocno na niego wpłynęły. Mówi o kościele od wewnątrz, spokojnie acz dobitnie, muszę przyznać, że są tam fragmenty, które mocno zapadły mi w pamięć. Pokazał tą wielka organizacje w taki sposób, jak ja też na nią czasami patrzę, bez lukru. Wielki człowiek. Dobrze czasami siebie samą sprowadzić na ziemie i ta książka to robi, pomaga znaleźć właściwa perspektywę, gdy człowiek nakręca się swoimi problemami. Na chwile obecną każdy kto ja czytał jest pozytywnie zaskoczony, mimo rożnych poglądów politycznych, mimo rożnych wartości wyznawanych czy też codziennego zachowania. Ta książka robi wrażenie. 
Moja ocena 5
364 strony


1400 stron to moim zdaniem całkiem przyzwoity wynik dla kogoś kto musi włożyć dużo wysiłku w znalezienie 15 minut ma czytanie. To był dobry miesiąc :)

Czytałyście te książki? Jakie są wasze wrażenia? A możne wpadło wam w ręce coś godnego polecenia?

Książki przeczytane:
CZYTAJ DALEJ
piątek, 6 listopada 2015

Maybelline - Color Tattoo - Cienie w kremie

Moje wrażenia na temat cieni w kremie Color Tattoo od Maybelline.

Górny rządek to stara kolekcja, dolny rządek to nowe maty, które tak zachwycają cały internet. Ja się na nie skusiłam właśnie z tego względu, ale ponieważ nie byłam co do nich przekonana, zwłaszcza w cenie regularnej, więc wszystkie kupiłam na promocji. Jutro rusza kolejna odsłona promocji w Rossmannie -49%, a to idealny moment na eksperymenty kosmetyczne.
CZYTAJ DALEJ
środa, 4 listopada 2015

Revlon - ColorBurst - Masełko do ust


Promocja w Rossmannie i mnie dosięgła. Ale w przeciwieństwie do tej poprzedniej, tym razem nie poszłam na żywioł i nie wygospodarowałam dodatkowego czasu na spokojnie zakupy, nie miałam go tyle, ,żeby spokojnie przeglądać szafy. Zaczęłam od przejrzenia moich produktów do ust. Mam ich za dużo, a ostatnio używam w sumie tylko jednego. Parę slow o nim w ostatnich <ulubieńcach>. Przejrzałam wpisy na blogach, co dziewczyny polecają. Ale podeszłam do tych produktów pod kątem tego czego realnie mogłabym używać. 


Tak oto skończyła się moja wizyta w Rossmannie. 4 razy masełko do ust. Jestem bardzo zadowolona z tego efektu. Regularna cena to 39,99 zł, przerażająca, minus 19,60 zł, daje bardzo przyzwoita kwotę 20,39 zł za sztukę. Niestety pierwotna cena, jest dla mnie mocno abstrakcyjna i mimo, że uwielbiam ten produkt, to nie wiem czy bez promocji się na niego kiedykolwiek zdecyduję :/ Ale za połowę ceny i biorąc pod uwagę wydajność masełka to już byłaby zbrodnia, gdybym po nie nie poleciała. Szkoda, tylko, że szafy Revlonu nie są dostępne we wszystkich Rossmannach.


Lollipop - 075
Piękny, intensywny, uwielbiam takie róże. Najciemniejszy z tych, które wybrałam. Mimo, że właśnie użyłam słowa intensywny i tak też pisze o nim producent, to nie są kolory prawdziwie intensywne, to nie są typowe pomadki, a już na pewno nie maty. To co widzicie na zdjęciach to efekt 3 pociągnięć. Więc można osiągnąć zupełnie delikatny efekt, ale może on też nabrać więcej mocy.





Sweet Tart - 090
To trochę inny odcień, niż ten do którego przywykłam, zazwyczaj lubię chłodniejsze odcienie różu. Ale zmieniłam podkład na Bourjois, które są zdecydowanie żółte, więc może na usta nałożę coś innego, zwłaszcza, że przy tych masełkach efekt jest bardzo subtelny. Za to właśnie je uwielbiam, jest kolor, a jednocześnie nie bije po oczach, co także oznacza, że nie muszę ich pilnować i poprawiać. Ładnie się zjada i zanika, wiem, że nic mi nie będzie, a to daje mi ogromny komfort psychiczny. 





Creme Brulee - 095
Nie lubię beży, nie lubię nudziaków, wyglądam w nich jak trup. Wszystkie odcienie opisywane jako uniwersalne, dla każdego, ogólnie polecane przez producentów, blogerki i youtuberki, nie są dla mnie. Źle w nich wyglądam i źle się czuję :/ Ale ponieważ to tak subtelny kolor, a właściwie jego brak, tym razem skusiłam się. To raczej nawilżający, pielęgnujący balsam do ust dający beżowo - złotą poświatę na ustach. Czyli komfort pielęgnacji z odrobina czegoś więcej. Dla mnie połączenie idealne. Choć wiem, że pod tym względem jestem w mniejszości. Zdecydowana większość kupuje intensywne maty lub nudziaki, z tego co widzę na Instagramie i blogach. 





Berry Smoothie - 050
To moja wersja jesiennego koloru :P Dla Ciebie pewnie to nie kolor, dla mnie wychowanej i przyzwyczajonej do balsamów do ust, które nadal wielbię i mam ich niesamowitą kolekcję. Ja ogólnie nie jestem mocno kolorówkowa, na pierwszym miejscu stawiam pielęgnację, zawsze. I mimo, że mnie ciągnie strasznie do tych wszystkich cudeniek z kolorówki, już wiem, że nie ma co przesadzać. Potrafię wyjść z domu tylko z kremem na twarzy, do pracy czy na ploty też, i czuć się świetnie, mimo, że moja skóra jest daleka od ideału. Walczę z nią już większa cześć życia. W tym względzie jestem minimalistka. Kiedyś wolałam się wyspać niż robić tapetę, która przy naszej pogodzie i korzystaniu z komunikacji miejskiej, 1,5h dojazd do pracy w 1 stronę i z przesiadką, nie wytrzymywała w stanie zadowalającym. A teraz jestem mamą pracującą, wstaje 1,5h przed wyjściem z domu i jak w tym wszystkim znajdę 10 min na makijaż to już jestem szczęśliwa, bo do ogarnięcia rodzinki z rana trochę czasu trzeba. Ale znam dziewczyny, które wstają tak wcześnie jak ja, tylko żeby ogarnać włosy i makijaż. Wiec jak widzicie zawsze leniwa byłam i jak typowa sowa, rano robię tylko niezbędne minimum, w które makijaż podstawowy ledwie się wpisuje. I to tylko, żeby nie straszyć tak bardzo cieniami pod oczami.





Cotton Candy - 045
A oto i mój ulubieniec, który jest sprawcą tego wszystkiego. Efekt ostatniej promocji Rossmanna, który uwielbiam za całokształt. Starałam się uchwycić mimo dzisiejszego światła, że jest to odrobina koloru z błyskiem. Jeśli nie lubisz tego efektu, to nie warto próbować. Ja nie lubię brokatu, nie lubię drobinek, ale ten rodzaj rozświetlenia na ustach bardzo przypadł mi do gustu. Optycznie je powiększa, daje subtelny kolor, nawilża i chroni, ale nie jest lepkie, jak większość błyszczyków. Na co dzień wersja idealna, a i wieczorowo bardziej stawiam na oczy, wiec i tu mi się sprawdza.





Wszystkie masełka są zaklejone w taki sposób, trzeba oderwać naklejkę, żeby dostać się do środka, a to potrafi być dosyć upierdliwe. Tak więc mam pewność, że nikt tu ust i paluchów nie wtykał. A jak wtykał do od razy to widać bez otwierania. Co jest ogromna zaletą, przy tym wszystkim co widziałam podczas poprzedniej promocji :/


Macie? Używacie? Lubicie? A może uważacie, że to strata kasy?
CZYTAJ DALEJ
TOP