poniedziałek, 5 września 2016

Zużyte czy nie, pozbywam się #9

 

Znowu pudełko mi się przepełniło, czyli czas na rozstania. Lubię ten moment, bo na buble już nie muszę patrzeć, błędy będą zapomniane :P


 

Dove - Invisible dry - antyperspirant w sztyfcie. Lubię je, ten też był ok. Często do nich wracam. Nie brudzi ubrań, ale też daję mu chwilę na wchłonięcie. Lubię go, bo mogę go stosować po goleniu, choć to podobno nie najlepsza opcja. Nie uczula, nie podrażnia. Powstrzymuje funkcje mojego organizmu w stopniu zadowalającym. Ale mnie nie interesuje działanie 48h, tudzież irytuje mnie, że potrafię czuć, że skóra jest tępa następnego dnia pod prysznicem. Tak więc od jakiegoś czasu chętniej jednak sięgam po dezodorant. Choć pewnie jeszcze nie raz do niego wrócę. 

 

 

White Swan - Red Berry - mgiełka do ciała. Bubel! Uczulił mnie przy pierwszym zetknięciu. Sam zakup był pomyłką, bo zażyczyłam sobie mgiełkę z Farmony, Tutti Frutti. Niedogadanie. Trafił mi się bubel. Najgorsze jest to, że zapach nawet mi się spodobał. Niestety, momentalnie pojawiły mi się ciemne plamy, kontaktowe, dokładnie tam gdzie płyn dotknął skóry. Gdyby nie swędzenie to byłabym skłonna zwalić to na barwienie produktu. Niestety, pozbyłam się jej w tempie ekspresowym. Mam jeszcze mgiełkę z Victoria's Secret i Oliv Aloe, nic złego mi się po nich nie dzieje. 


 

Mokosh - Hydrolat różany. Był w ulubieńcach i w porównaniu 3 produktów z Ziają i Shamasa. Jest świetny. Polska firma. Nie będę Was znowu zanudzać zachwytami nad nim. Ale to na prawdę dobry produkt, moja skóra go uwielbia, jest bardzo wydajny, ale trzeba uważać, żeby nie przesadzić, bo można się zrazić. Odkryłam go dzięki subskrypcji Naturalnie z pudełka. Polecam. 

  

Ziaja - Tonik nagietkowy. W salonie poprosiłam o tonik łagodzący i ten został mi zaproponowany razem z różanym. Jestem nim bardzo pozytywnie zaskoczona, zwłaszcza, że produkty Ziaji najczęściej na mnie po prostu nie działają. Robi to co powinien, czyli tonizuje, poza tym rzeczywiście łagodzi. Jeśli chodzi o nawilżenie, to chyba raczej minimalnie, ale tego od niego nie oczekuję, w końcu po co jest serum i krem. Do maseczek tonikowych się nie nadaje, tu polecam tonik hibiskusowy z Sylveco. Ostatnio odkryłam, że wylewanie toniku na wacik i przecieranie twarzy, to niepotrzebne drażnienie mojej wrażliwej skóry, więc przelałam go do pojemnika z atomizerem. Bingo, ten tonik rozpylony mgiełka na skórę twarzy, działa na mnie jeszcze lepiej. Bardzo przyjemnie, łącznie z zapachem mi się go stosowało. Pewnie jeszcze wrócę. 

 

 

Linda - Kremowe mydło w płynie. Zdradziłam swojego ulubieńca Yope? Troszeczkę, Yope się skończyły, a mydło potrzebne na już, kupiłam co było pod ręką, pało na Biedronkę. Całkiem przyzwoite, delikatny zapach, dobrze myje, nie robi nic złego, nie wysusza. Nie ma się do czego przyczepić, no może do składu. Jak wykończę duży zapas Yope to nie wykluczam, że znowu wpadnie mi do koszyka, choć obsesja Yope póki co trwa. 


 

Nuxe - Creme Prodigieuse Yeux. Porównałem go w 3 produktach z Khiel's i Bandi. Był najlepszy, choć ideałem nie jest. Lekki, przyjemny, szybko się wchłania, dobry pod makijaż, na noc szukam czegoś bardziej odżywczego. Nie robi mi krzywdy, nie uczula, nie podrażnia, a to nie jest takie oczywiste. Daje uczucie komfortowego nawilżenia, choć nie jest to moc wyczuwalna przez cały dzień. Lubię go, nie będę narzekać, jeśli spotkam się z nim znowu, ale obecnie szukam szczęścia gdzie indziej. 

 

Sensai - Fluid. To jest mój letni kolor. Lekka formuła, fajnie się rozprowadza. Drogi produkt, no może droższy, kupiony w Douglasie. Krycie lekkie, ładny żółty kolor. Mocno podkreśla rozszerzone pory, po paru godzinach czuć ściągnięcie skóry, szybko zanika, po 4h prawie go u mnie na skórze nie ma. Chyba ze względu na cenę dawałam mu zbyt wiele szans. Ale już mam dosyć, bo ani zmiana pielęgnacji, ani temperatury, ani pory roku, ani kolorówki nakładanej na wierzch nie zdają egzaminu. Ten produkt z moją skórą się nie lubi. Małe zużycie, ale szkoda mi nerwów na niego.

 

 

 

Sensai - korektor w pędzelku. Kupiony w komplecie z podkładem, tak więc mój kolor letni. Krycie słabe, bardziej to wyrównanie kolorytu, więc nie na moje cienie. Choć sporo go używałam w dni kiedy nie zależało mi na tapecie, wyrównanie kolorytu, zmatowienie i tusz do rzęs, rozprowadzony w centralnej części twarzy na te 2-3h nawet był ok, jeśli nie zależało mi szczególnie. Nie zbierał się w zmarszczkach, jeśli był przypudrowany, bez pudru nie da rady. Słaby pod cienie. Niestety ciemnieje w połączeniu w innym podkładem, po nałożeniu super, po jakimś czasie, krecha, odcina się tam gdzie nachodzi na podkład. Muszę przyznać, że się wkurzyłam jak to zobaczyłam, w świetle dziennym było to mocno widoczne. Małe zużycie, ale szkoda mi nerwów na niego.

 

Skin - Essence - Soothe. Rzadki olejek kupiony w TK Maxx. A to już tłumaczy dalsze niezadowolenie, moja wina. Moja skóra nie lubi się z olejami, nie ważne jakie cuda ma robić, nie ważne ile osób zachwala, u mnie nie działa. No więc czego się spodziewałam, chyba, że jednak będzie inaczej niż zawsze. Nie robi nic, ale też nie robi krzywdy. Ma bardzo silny ziołowy zapach, ale w tym jestem słaba, więc nie będę kombinować, chyba rozmaryn. Używałam pod krem i samodzielnie, efektu poza lepką skórą, brak. Po paru podejściach przekazuję dalej.

 

 

Maseczkowanie, chyba mi się przejadło, bo tym razem zużycie małe:
- Soraya - do cery naczynkowej - nie robi nic.
- EyeMed - fajnie nawilża.
- Ślimak - niewielkie nawilżenie.

 
TOP