piątek, 30 września 2016

Zużyte czy nie, pozbywam się #12

 

Są takie dni, są takie tygodnie, jak dobrze, że to już piątek ... A z drugiej strony to pierwszy dzień zakupowego szaleństwa. Rossmann rusza ze swoją wielką promocją -49%, znowu będzie się działo. Planujecie większe zakupy? Czy może nie macie zamiaru nawet tam zajrzeć? Ja mam mocne postanowienie poprawy, kolorówki mam tony, ale też już w zeszłym tygodniu zgarnęłam tusze w Naturze -40% i podkłady w Super Pharm -50%. 

CZYTAJ DALEJ
środa, 28 września 2016

3 produkty - tonik - Bandi, Evree, Purles

 

Ach te toniki, od dłuższego czasu kupuję je coraz bardziej nałogowo. Tym razem już na dzień dobry zdradzę Wam, bez konieczności mocniejszego wczytywania się, że jestem z nich zadowolona. Nie robią mi nic złego, a robią to co do nich należy.

 

Bandi - Delicate Care - Tonik łagodzący. Jako wrażliwca, cóż może mnie w samej nazwie produktu przyciągać bardziej niż delikatna seria i produkt łagodzący. Bardzo fajne plastikowe opakowanie, przetrwa nawet moje zdolności manualne, z atomizerem i to jeszcze dobrym, który rozpyla fajną mgiełkę, co wcale nie jest standardem. Zapachu nie jestem wielką fanką, ale też nie mogę narzekać, że jest ciężki, czy mnie odrzuca, za to nie kojarzy mi się z niczym, ale coś słodkiego w tle ma. Robi to co powinien, tonizuje i całkiem przyzwoicie łagodzi moją skórę. Dobry na rano i wieczór, nie pozostawia filmu, szybko się wchłania, zawsze go rozpylam, nigdy nie muszę ścierać nadmiaru. Jak przesadzę z poziomem agresji w stosunku do mojej skóry, to czasami bywa konieczna kolejna warstwa po paru minutach, ale tak poza tym nie mogę się czepiać. Wspominałam o nim w ulubieńcach. Bardzo fajny produkt, napewno spotkamy się ponownie. Cena 29,00 zł. Dostępny na stronie producenta i w Hebe. Zdenkowany.

 

 

Evree - Różany tonik do twarzy. Ile ja się go naoglądałam na YouTube i Instagramie, ile się o nim naczytałam na blogach, długo omijałam go wielkim łukiem, bo krem i olejek, które też tak genialnie się wszystkim sprawdzają, u mnie wręcz przeciwnie. Ale i ja w końcu mam swojego ulubieńca z tej firmy. Plastikowe opakowanie z fajnym ładnie rozpylającym atomizerem. Przyjemny, delikatny, mało narzucający się zapach, nawet dla tych co za różą nie przepadają, powinien być znośny. Robi to co powinien robić, tonizuje i łagodzi podrażnienia, nie pozostawia filmu, szybko się wchłania. Nie mam mu nic do zarzucenia. Na pewno kupię ponownie. Cena 14,99 zł. Dostępny chyba już we wszystkich większych sieciówkach. Jeszcze wrzuciłam go do ulubieńców :P
Niestety po połowie opakowania, wszystko się zmieniło, tak podrażniał mi oczy, że powędrował do denka.

 

 

Purles - 118 - Delikatny tonik. Lubię tą firmę, mam z niej co najmniej 2 perełki, ale tak na dobrą sprawę nie znam za bardzo jej asortymentu, więc ostatnio znowu zrobiłam sobie małe zamówienie. W sumie jedyny minus jaki w nim zauważam to opakowanie bez atomizera, ale w sumie minusem to nie musi być, jak zdarza mi się potrzeba przetarcia twarzy wacikiem, czego jednak staram się unikać. Część przelałam do opakowania z atomizerem i już problemu nie mam. Specyficzny słodkawy zapach, ale nie jest szczególnie nachalny. Jako jedyny mam wrażenie, że pozostawia delikatny film, co w sumie dla mnie jest też w pewnym stopniu zaletą, bo ułatwia i przyspiesza łagodzenie. Poza tym szybko się wchłania i tonizuje, czyli robi dokładnie to do czego jest przeznaczony. Chętnie kupię ponownie przy kolejnym zamówieniu. Cena 50 zł. Dostępny chyba tylko on-line, a przynajmniej jeszcze go stacjonarnie nie widziałam.

 

Podsumowując: wszystkie lubię, wszystkie polecam, działają podobnie. Różnią się zapachem, dostępnością i ceną. Chętnie wrócę do wszystkich, choć najtańszy i najłatwiej dostępny jest tonik z Evree. Muszę przyznać, że jestem mile zaskoczona, że choć w jednej kategorii, tak wiele dobrych kosmetyków mi się trafiło.

Jakie toniki polecacie?

 

3 produkty:
CZYTAJ DALEJ
poniedziałek, 26 września 2016

Małe zakupy - Elia.pl

 

Mniej więcej miesiąc temu dostałam prezent od Elia.pl. Mgiełka powędrowała dalej, bo to nie moja nuta zapachowa. Krem do twarzy spisuje mi się fajnie. Ale hitem okazało się masło do ciała. A ponieważ jest ono na wykończeniu musiałam złożyć zamówienie, a skoro tak to oczywiście nie mogło skończyć się tylko na 1 produkcie, choć tym razem nie szalałam przesadnie, zamówiłam to co zużywam hurtowo więc też będę miała dobre rozeznanie w produktach Oliv Aloe. 

 

Maska do włosów. Cena 49,90 zł za 200 ml. Czyli typ produktu, który w największym procencie mi się nie sprawdza. Jako jedyny nie ma etykietki po polsku. Pierwsze wrażenie: delikatna, musowa konsystencja. Potrzymałam 30 minut, zmyłam, szału nie było, umyłam głowę i poczułam potrzebę nałożenia codziennej odżywki. No to nie tak miało być. Drugiego dnia powtórka 30 minutowa, a przed nią peeling enzymatyczny skóry głowy z Bandi. Niestety efektów brak, znowu codzienna odżywka musiała pójść w ruch.
Zdenkowana.

 

 

 

Peeling do twarzy i ciała. Cena 40,00 zł za 200 ml. Czy tylko ja nie wierzę w taką kombinację? Delikatny dla twarzy i mocny dla ciała. Użyłam do twarzy i oczywiście ma drobinki, ale ... nie było tak źle co prawda byłam delikatna, nie tarłam na maksa, nie podrażnił mnie tak bardzo, jak standardowe peelingi do twarzy, tudzież praktycznie nie było zaczerwienienia, a ściągnięcie było minimalne. Jestem w pozytywnym szoku, nie spodziewałam się, że będę mogła go używać do twarzy. 

 

 

Tonik. Cena 29,95 zł za 200 ml. Musiałam zamówić, choć mój zapas rośnie. Chyba zaczynam popadać w lekką obsesję, 30 lat go nie używałam, a jak zaczęłam to kupuję tonik z każdej możliwej firmy. Całkiem przyjemny, nie zauważyłam nic negatywnego, robi co ma robić, na pierwszy rzut oka nie ma się do czego przyczepić. 

 

 

Masło do ciała dla suchej i popękanej skóry. Cena 65,00 zł za 200 ml. Jak je zobaczyłam po raz pierwszy to moja reakcja była standardowa, znowu będę się lepić, w ciągu 30 sekund, wiedziałam, że je oddam. Ale skoro dostałam paczkę reklamową to chyba wypada choć palec wsadzić. Spodobało mi się, gęsta konsystencja, będzie wydajna, a jednocześnie mega gładko się rozprowadza, sama przyjemność, szybko się wchłania, przyjemnie pachnie, pozostawia powłokę, ale z jakiegoś powodu nie była ona dla mnie obrzydliwie lepka. Było wow. Wieczorem maznęłam syna w biegu, typowy facet, więc źle znosi wszelkie mazidła, a on wrócił po więcej. Następnego dnia zrobiłam mu delikatny masaż przy użyciu tego masła, nawet stopy dał sobie wysmarować, nie mówiąc o tym, że pokazywał gdzie jeszcze dosmarować. Byłam w takim szoku, że chyba całe otoczenie o tym produkcie słyszało. Teraz jak młody czuje potrzebę to sam mi pudełko przyniesie, a to dopiero 2 latek. Smarowałam nim nogi po gołębiu, zero pieczenia i podrażnień. Smaruje nim dłonie, po 10 minutach mogę je umyć, a zostają miękkie i skóra zregenerowana. Moja mama zażyczyła je sobie jako jedyny prezent urodzinowy, oczywiście tego nie posłuchałam. Smaruję nim łokcie i kolana, czy inne suche, szorstkie partie mojej skóry, jestem w nim zakochana. 
Zdenkowany.

 

 

 

CZYTAJ DALEJ
piątek, 23 września 2016

Zużyte czy nie, pozbywam się #11

 

Kilka dni temu czytałam wpis o "Niskim poczuciu własnej wartości" u DRAQILKA D. Swoją drogą kobieta pisze tak, że jakiegokolwiek tematu nie ruszy, zapada mi w pamięć i potem go w sobie miele przez jakiś czas. Przeczytałam, poczułam się podbudowana, bo to mnie nie dotyczy, już ... chyba ... Przecież mam sporo, ale ... do siebie, a to gruba, choć zaczęłam dietę. A to za leniwa, choć mam swoje zrywy, no i kilka pozytywnych motywatorów dzięki, którym chce mi się więcej. Ogólnie czuję się ze sobą ok, mam swoje wady, których chyba w większości jestem świadoma i co jakiś czas zwalczam którąś z nich. Hmmm choć ta kuchnia ... to ciągle pole minowe dla mnie, nie umiem gotować, choć jak coś zrobię to zazwyczaj nawet zjadliwe bywa, ba nawet smaczne, ale tego nie lubię, nie sprawia mi to przyjemności, już całą chatę wolę wysprzątać. Więc czy to wada, która wpływa na moją samoocenę? 

CZYTAJ DALEJ
środa, 21 września 2016

Małe zakupy - Bell

 

Dawno już u mnie zakupów nie było ... :P Całość pochodzi z szafy Bell w Biedronce. Wieki przechodziłam obok tej szafy, zaglądałam i nic ... jakoś tak przekonana nie byłam. Aż tu trafiłam na dobrą opinię kredki do brwii, a potem info, że korektor mineralny mają fajny. Podczas codziennych zakupów przechodziłam, ale zaczęłam zaglądać do niej coraz cześciej. Aż kupiłam korektor, tak mi się spodobał, że zużyłam go do całej twarzy w 2 tygodnie. Mam masę podkładów i korektorów, a co zrobiłam? No oczywiście, poleciałam specjalnie do Biedronki, mimo, że nie było mi po drodze, po nowy. A jak widzicie na załączonych obrazkach, trochę mnie poniosło. 


Matowy puder brązujący. Sculpting mat powder. 01. Miękki, dosyć mocno się pyli, można zrobić sobie plamę przy pierwszym spotkaniu. Ciepły, raczej to przybrązowiania, niż konturowania. Po zmianie bardziej zbitego pędzla na bardziej rozproszony efekt jest dużo ładniejszy. Kolor jest subtelny, ciepły, ale nie wpada w pomarańcze czy czerwień, fajnie się zgrywa z pozostałościami mojej opalenizny. Rzeczywiście matowy, nie zauważyłam drobinek. Po paru dniach używania bardzo mi się ten kolor podoba. I z każdym kolejnym dniem bardziej, od zakupu używam go codziennie. Cena 12,99 zł za 9 gram. Wylądował w ulubieńcach.

 

 

Z lewej: Kobo - matowy, brązujący puder w kamieniu. 308 Sahara Sand. Z prawej: Bell - matowy puder brązujący. 01.


Matującą baza pod makijaż. Musi jeszcze chwilę poczekać.

Baza na zaczerwienienia. Skusiłam się po sprawdzenia testera, na dłoni różnica była zauważalna. Ale wszystkie były wykupione, na szczęście chyba w 3 sklepie udało się ją dorwać. Efekt jest delikatny, zielonkawa poświata także. Niestety moje zaczerwienienia występują w większości w okolicy nosa, czyli dokładnie tam gdzie potrzebuję więcej matu, a w tym nie pomaga. Nie skreślam jej na razie.

 

 

Korektor liftingujący pod oczy. Jakiś czas temu kupiłam 2 i tak się z nim polubiłam, że go zużyłam w 2 tygodnie nakładając na całą twarz. Ładne, średnie krycie, fajnie wyrównuje koloryt całej twarzy, nie przesusza skóry pod oczami, nie podkreśla moich rozszerzonych porów, tudzież je zmniejsza. Niestety po paru godzinach świece się i chusteczka trochę mi go zabiera, ale noski od okularów przeciwsłonecznych, nie odbijają mi się. Na chwilę obecną nic lepszego pod ręka nie miałam, a ponieważ wiem co mam, trzeba to zużyć, a jednocześnie czeka na testy w chłodniejszych porach roku, kupiłam tego gagatka ponownie, tym razem w 2 odcieniach. Ma jeden mankament, szybko i mocno ciemnieje, co możecie zobaczyć poniżej, ale ciemnieje na mój obecny jeszcze opalony kolor skóry, więc mi to nie przeszkadza. 

 

 

Matująco-kryjący fluid z odżywczym aloesem. 02. Dosyć ciemny, mam wrażenie, że mimo iż na ręku jest żółty, to gdzieś tam łapie różowe tony, co akurat mnie nie zachwyca. Nie jest to silny mat, choć godzinę po aplikacji, czułam delikatne ściągnięcie. Niestety moje rozszerzone pory były widoczne. Ale utrzymał się całkiem przyzwoicie przez większość dnia, był bardzo komfortowy. Po 12h, bo to długi dzień był, świeciłam się cała, ale takie eksperymenty u mnie zdarzają się rzadko i nie trafiłam jeszcze na podkład, który by temu podołał. Pierwsze wrażenia są mieszane.

 

 

Trwały fluid rozświetlająco-korygujący. 02 beige. Jaśniejszy od poprzednika, mimo, że oba mają numerek 2. Ładniejsze, zdrowsze, bardziej świetliste wykończenie, skóra wygląda korzystniej. Delikatnie zastyga, ale bez uczucia ściągnięcia. Po 4h wyglądał tak ładnie, że szkoda było mi go zmywać, co mi się rzadko zdarza, ale jestem z tych co w domu tapety nie noszą. Moje rozszerzone pory nie wybijały się na plan pierwszy, były widoczne, ale w delikatnym stopniu. Pierwsze wrażenie bardzo pozytywne. 

 

 

Od lewej: Matująco-kryjący fluid z odżywczym aloesem. Od prawej: Trwały fluid rozświetlająco-korygujący.

CZYTAJ DALEJ
poniedziałek, 19 września 2016

3 produkty - pielęgnacja stóp - Compeed, Gehwol, Beauty Bird

 

Produkty do stóp kupuję tylko w akcie desperacji, zazwyczaj problemu nie mam, więc się bez nich obywam. Pilnik i przeciętny krem nałożony grubą warstwą na noc wystarcza. Ale okres wakacyjny zawsze motywuje mnie do większej dbałości. Jak zawsze lato i odkryte buty, mocno nadwyrężyły stan mojej skóry. Szukając wsparcia w moich przepastnych szufladach trafiłam na te gagatki. 

 

Beauty Bird - Fly High! - Active Foot Gel. To chyba jeszcze zabytek z subskrypcji BeGlossy. Stoi w szufladzie i stoi, zajmuje miejsce, już kiła razy robiłam do niego podejście, zużyć i wyrzucić, ale jakoś mi to nie wychodzi. Jest w firmie niebieskiego, lepkiego żelu. Fajnie się rozprowadza, dobrze wchłania do suchego, bez filmu, noga się po nim nie ślizga. Ładnie pachnie eukaliptusem. Ma chłodzić i odświeżać zmęczone stopy. I dokładnie to robi. Co prawda dla mnie od początku jest to dziwne zastosowanie, bo ja wolę posiedzieć i je wymoczyć, jak już naprawdę jest taka potrzeba, ale też nie spędzam całego dnia na nogach, więc stąd może wynikać moja ignorancja. Ja go nie kupię, ale osoba mocno odczulająca zmęczenie stóp i łydek, bo na nie też można go stosować, uzna go za bardziej wartościowy produkt. Zdenkowany.

 

 

Gehwol - Maść na spękane stopy. Kupiłam kiedyś ... już nie pamietam kiedy, w Super Pharm jakaś promocja była. Nawet do niego nie zajrzałam, wrzuciłam do szuflady i tak sobie poleżał, nawet sreberko szczelnie zamykające produkt, było nie tknięte. Niestety często mi się to zdarza. Ale nadszedł i jego czas. Żółtawa maść, treściwa, dobrze pokrywa i trzyma się stopy, czyli z dłoni już ciężej schodziła, oczywiście bez skarpetek ani rusz, chyba, że komuś życie nie miłe. Po nocy pod prysznicem się nie zabiłam, choć i po nim jeszcze czuć było, że coś na stopy nakładałam. Tak więc to jeden z tych produktów co wżera się mocniej. Efekt: różnica zauważalna, skóra bardziej miękka, zrogowaciały, biały naskórek nabrał tego samego koloru co reszta stopy. Czy to załatwiło mój problem? Nie, bo martwego, w sumie to zrogowaciałego naskórka muszę się pozbyć, najlepiej mechanicznie, pilnikiem, a wtedy krem będzie mógł działać cuda. Zakładam, że ze spękaną skórą stóp też sobie poradzi, ale nie będę udawać, ja z tym problemu nigdy nie miałam. Nie mniej jednak, krem jest bardzo dobry, może na codzień to zbyt ciężki kaliber, ale jeśli tak jak ja robicie porządek ze stopami rzadko i w sumie tylko jak jest potrzeba, to powinien przypaść Wam do gustu, ja jestem bardzo zadowolona. 

 

 

Compeed - Krem na popękane piety na noc. Krem o mentolowych zapachu, dosyć łatwo, jak na kremy do stóp, wchłania się. Stopy po nim są odświeżone i odżywione, miękkie i przyjemne w dotyku. Bardzo fajny produkt, nawet do cięższych zadań. Zrogowaciałego naskórka się nie pozbędzie, ale nie łudzę się, bo nawet skarpetki złuszczające tego do końca nie zrobiły. Ale po pilniku bardzo fajnie poradzi sobie z regeneracją skóry. Mam go i chętnie będę z niego korzystać, na pewno też kupię ponownie, bo to nie jest przeciętny krem do stóp, czyli zwykłe natłuszczające mazidło. 

 

Podsumowując moje wrażenia z tych produktów, ustawiałabym je w kolejności od najlepiej działajacego dokładne tak jak nazwy sugerują. Najlepsza, najmocniejsza, do zadań specjalnych lub dla kogoś kto robi porządek ze stopami sporadycznie to maść Gehwol. Fajnie działający, skutecznie odżywiający, ale lżejszy krem z Compeed. A na samym końcu żel odświeżający, chłodzący stopy i łydki z Beauty Bird. 

Macie swój ulubiony produkt do stóp? Jak wyglada Wasza pielęgnacja? 


CZYTAJ DALEJ
środa, 14 września 2016

Zużyte czy nie, pozbywam się #10

 

Kolejne pustaki ... Nie tym razem, połowa jest mało używana, ale wymęczyły mnie tak, że nie mam siły na więcej. Więc jeszcze przed weekendem zrzucam z siebie ten zbędny balast. 

CZYTAJ DALEJ
06:30

3 produkty - tusz do rzęs - Delia, Max Factor, Pupa,

 

Tusz kiedyś był moim jedynym produktem do makijażu, do tej pory jak wytuszuję rzęsy to w sumie mogę uznać, że się postarałam ... Ostatnio co prawda zazwyczaj staram się bardziej i rozbudowałam swoją rutynę, jednak nadal co najmniej raz w tygodniu mam dzień bez tapety i to nie wtedy kiedy nie wychodzę. 

 

Pupa - Ultraflex Mascara. Swego czasu trafiłam na spore zamieszanie wywołane przez tusze tej firmy rzucone przy kasach w Rossmannie. Wtedy się nie skusiłam, więc tym razem wykorzystałam sytuację. Szczoteczka okazała się mocno zachęcająca, uwielbiam silikonowe główki. Tylko te włoski mi przeszkadzają, są strasznie sztywne, kłują mnie w powiekę, dziwne... Sama formuła dosyć rzadka, ładnie rozprowadza się po rzęsach, bez grudek, ale ... nie wydłuża, nie pogrubia, w sumie tylko je podkreśla. To nie jest efekt, którego szukam, choć rzęsy są ładnie rozdzielone. Tak więc, używam go najcześciej tak chce  lepszego rozdzielenia rzęs sklejonych innym tuszem. Nie kupię więcej. 

 

 

Max Factor - 2000 Calorie. Czy ktoś mi uwierzy, że nigdy wcześniej nie miałam tego najbardziej kultowego tuszu? Nie wiem jak do tego doszło, w końcu tak mocno był reklamowany przez lata, do tej pory trafiam na pochlebne recenzje, a jak pytam o polecane tusze, to niemal napewno zostanie wymieniony. Klasyczna szczoteczka, mimo to fajnie rozczesuje i równomiernie pokrywa tuszem rzęsy. Formuła niemal od razu idealna i długo pozostająca w takim stanie. Chyba nie ma co się nad nim przesadnie rozpisywać, po prostu dobry tusz, nie bez powodu mimo upływu lat, ciągle jest odkrywamy na nowo. Pewnie jeszcze kiedyś po niego sięgnę, ale ... fanką szczoteczek silikonowych zostaję, a zwłaszcza So Couture z L'oreal. A jednak wylądował w ulubieńcach. Zdenkowany.

 

 

Delia - Glamour Volume & Lenght - Sensitive. I to właśnie to ostatnie słówko mnie przyciągnęło, bo w końcu, jaki tusz będzie najlepszy do wypróbowania z nowości. Z marką nie miałam doczynienia, ale ostatnio sporo dobrego o nich czytam. Rzucili w Biedronce, więc przy porannych zakupach wpadł do koszyka, choć dopiero drugiego dnia, jakieś wątpliwości jednak były. Pierwsze wrażenie, duża klasyczna szczota, nie koniecznie mój gust, ale jakoś tak Max Factorem mi zaleciała. Gęsta, nie trzeba było czekać, aż pooddycha. Efekt zauważalny, wydłuża i pogrubia, ale bierze dużo produktu, robią się grudki, co prawda na rzęsach nie jest to mocno uciążliwe, ale jest. Tutaj kończąc mogłabym powiedzieć, że  całkiem przyzwoity, przeciętny tusz, ale ... ostatnio często oczy mi łzawiły po wyjściu z domu, przez chwilę tylko, ale jednak. Na początku nie skojarzyłam, zerkałam na wiatr, jakiś pyłek, aż tu nagle to samo tuż po wytuszowaniu rzęs. Bingo, to ten gagatek podrażniał mi oczy

 

 

Od lewej: Max Factor. Po środku: Pupa. Od prawej: Delia.

I tak też plasują się w moim rankingu. Bezapelacyjnie najlepszy był Max Factor i jego 2000 Calorie. Potem Pupa z twardymi włoskami, pewnie większość z Was nie miałaby z nią problemu, ale ja z moimi zdolnościami manualnymi, jednak wolę z nią uważać. No i ta nieszczęsna Delia, to chyba pierwszy tusz, który podrażnił mi oczy, wypada poza skalę, bo jak tu obiektywnie oceniać takiego agresora.

 

Jakie są Wasze ulubione tusze? A może macie buble, które omijacie szerokim łukiem?

 
CZYTAJ DALEJ
TOP