poniedziałek, 31 października 2016

Ulubieńcy października 2016

 

Najlepsi z najlepszych, a w tym miesiącu sporo fajnych nowości wpadło w moje ręce. Polecam każdemu, bo tym razem chyba wyjątkowo uniwersalne produkty mi się trafiły. A przedział cenowy też jest olbrzymi od 10,99 zł do 195 zł. 

 

Lush Botanicals - Youth Code - Anti-Ageing Serum. Nasz rodzimy produkt, choć nazwa może być myląca. Świetny produkt, od pierwszej aplikacji wiedziałam, że jest wart swojej ceny, która niestety do niskich nie należy. Skład jest super, konsystencja kremowa, więc moja skóra dogaduje się z nim bez problemu. Wchłania się dłużej, ale tak już mają te naturalne kosmetyki, przy czym nie mowię tu o minutach, lecz raczej kilkudziesięciu sekundach. Producent zaleca wklepywanie i to rzeczywiście ułatwia aplikację serum. Bez obaw można stosować na całą twarz, czyli okolicę oka również. Nie zauważyłam nic nieporzadanego lub niechcianego ze strony mojej skóry po jego użyciu. Za to skóra była natychmiast ukojona, nawilżona, jędrna. Zapach jest cudowny, co wcale nie jest takie oczywiste przy produktach naturalnych. A poza tym mam mniej niedoskonałości, skóra jest odrobinę bardziej jednolita i mniej skłonna do podrażnień, nawet moje nieszczęsne pory stały się mniej widoczne, a skóra pod oczami nie krzyczała o dodatkową porcję nawilżenia. Ma też swoje wady: cena 195 zł - boli, ale warto; szybko się kończy - u mnie to był tylko miesiąc używania wieczorem, ale też nie żałowałam sobie; dosyć trudno wydostać resztkę, która jeszcze tam siedzi - to jest tego typu produkt, że żal mi nie wykorzystać do ostatniej kropli. Polecam serdecznie, sama kupię ponownie, choć w pierwszej kolejności zamówię ich krem na noc, które próbka mnie zachwyciła.


 

 

Lovely - Curling Pump Up Mascara. To jeden z tych produktów o których słyszę i czytam od lat. Ale jakoś nie mogłam się na nią zdecydować, aż w końcu na kolejnej edycji promocji w Rossmannie uznałam, że już nie ma co odwlekać tego zakupu. Zamiast odłożyć ją grzecznie do pudełka z pozostałymi tuszami oczekującymi, od razu musiałam sprawdzić o co tyle szumu. Choć z tyłu głowy mam też przestrogę, że rzęsy po niej mogą wypadać. Tusz od początku idealny do użycia, nie musi leżeć, oddychać, szczoteczka nabiera idealna ilość produktu, więc nie ma konieczności wycierania nadmiaru z końcówki. Pięknie rozczesuje, podkreśla i podkręca rzęsy, czyli wszystko czego ja oczekuję. Od momentu kupienia sięgam po nią najchętniej, pobiła 2000 Calorie z Max Factor i Audiance z Nars, a co bardziej zaskakujące jest bardzo blisko tego, żeby zdetronizować mojego króla czyli Volume Million Lashes So Couture z L'oreal, ale o tym przekonam się po kolejnych opakowaniach, tak na pewno do niej wrócę. Polecam. Cena 10,99 zł.
3 produkty.
Taaa no i w końcu wyszło, co mi oczy podrażnia, zdenkowany.

 

 

Nars - róż - Orgasm. To chyba jeden z tych produktów, o którym każda kobieta słyszała. Przy nim słowo kultowy, chyba nie jest na wyrost. Nie lubię róży, przy moich zaczerwienieniach nie wyglądają dobrze, więc od zawsze ich unikałam. Ten też trafił do mnie w sumie tylko dlatego, że był częścią zestawu próbek dodawanego do zamówienia. Nie miałam o nim dobrego zdania, mimo, że nigdy go nie dotykałam, od razu byłam pewna, że to bubel będzie. Ale jak tu krytykować, bez spróbowania ... nałożyłam i przepadałam, baaa nawet posunęłam się do tego, żeby na podkład i puder nałożyć tylko ten róż, efekt był świetny. Jest jasny, delikatny, nie osypuje się, nie można sobie nim zrobić krzywdy, a daje się budować, rozświetlający, różowy ze złotym połyskiem, więc w sumie też brzoskwiniowy, bardzo trudny do opisania jest ten kolor. I to właśnie ten kolor, poza ceną 145 zł oczywiście, jest jego wielką wadą, bo on za każdym razem wyglada inaczej, naprawdę jest wielowymiarowy, na żywo wyglada inaczej, w zależności od światła czy podstawy wyglada inaczej, jasne tak samo można powiedzieć o innych, trzeba iść go pomacać, nałożyć na policzek i dopiero decydować. Na żywo ta wada jest wielką zaletą, wydaje mi się, że nie bez powodu jest on tak popularny, moim zdaniem będzie pasował każdemu. Od razu zaznaczę, że strasznie nie lubię, jak ktoś tak mówi, bo to zazwyczaj ściema, nie ma produktów idealnych dla każdego, ale ... no właśnie ten w moim odczuciu do tego miana pretenduje. Polecam ... ale też, radzę wybrać się do Sephory i zobaczyć go na żywo, pomalować się, wyjść na zewnątrz, tak jak to powinno się z podkładem zrobić przed zakupem. Zakładam, że próbka starczy mi na bardzo długo, więc w najbliższym czasie kupować go nie planuje, ale za to zakup pudru brązującego Laguna zaczynam coraz mocniej rozpatrywać. 


 



 

White Agafia - szampon rokitnikowy - objętość i blask. Cena 12,55 zł za 280 ml. Produkty od Babuszki Agafii nie przypadły mi do gustu, więc i do tego byłam sceptycznie nastawiona, jak go zobaczyłam w Naturalnie z pudełka. Po pierwszym użyciu, wow, ładnie pachnie, fajnie delikatnie się pieni, nie wysusza włosów, nie plącze ich. Podczas suszenia byłam pod wrażeniem jak super miękkie były moje włosy, już dawno tak nie miałam, a zmieniłam tylko szampon, bo standardowo nałożyłam tą samą odżywkę, której używam od dłuższego czasu. I dokładnie to samo mogę napisać po miesiącu używania, nie zauważyłam nic negatywnego w jego działaniu, a w połączeniu z odżywką z Elfa Pharm O'Herbal to już miazga totalna, od wieków ... szczerze mówiąc to sama nie pamietam, kiedy ostatnio moje włosy były tak miękkie, poza tym są bardziej błyszczące i mniej klapnięte, a sam szampon jest mega wydajny, jeszcze do połowy nie doszłam. Polecam.

 

Ostatni wpis w tym miesiącu, a jaki pozytywny. A Wam co w tym miesiącu skradli serce, nie koniecznie kosmetycznie? Od jutra czas zadumy i nostalgii, uważajcie na siebie, zwłaszcza na drogach. W środę zapraszam na parę słów o tym jak się konserwuję 😉


Haloweenowo ... 



Moja miłość ...

 

 

CZYTAJ DALEJ
piątek, 28 października 2016

Zużyte czy nie, pozbywam się #14

 

Robie czystkę, tyle gratów zawalało mi podręczny pojemnik z kolorówką. No dobra, choć 1 bublem nie jest i został klasycznie zużyty. Co do reszty natomiast szkoda słów, ale i tak kilka napiszę. Bedzie krótko.

CZYTAJ DALEJ
środa, 26 października 2016

Piękna jesienią - paznokcie

 

Ulubione jesienne kolory? Jesienne zdobienie? Hmm ... to nie ja, od 2 lat nie mam na to zbyt wiele czasu. Latem dni są dłuższe i potrzeba koloru większa. Jesienią czuję przesyt i głownie stawiam na pielęgnację. Dopiero zimą znowu się budzę i wtedy świąteczno-sylwestrowe klimaty mnie ogarniają. 

CZYTAJ DALEJ
poniedziałek, 24 października 2016

3 produkty - maska w płacie - Lese, L'biotica, Skin79

 

Mam wrażenie, że ostatnio maski w płacie odstawiłam na bok, a mam pokaźna kolekcję, czyli efekt mojej niedawnej obsesji. Ale nie odpuściłam tematu maseczek, za to przerzuciłam się na bardziej klasyczne formy, zwłaszcza te oczyszczające zaczęły przyciągać moją uwagę, po kolejnych nieudanych spotkaniach z peelingami enzymatycznymi. 

 

Lese - Snail repair sheet mask 2pcs skin care anti aging anti wrinkle firming moisturizing facial mask instantly ageless. Zamówiona na AliExpress. Mocno nawilżona, nawet przyzwoicie wycięta, dosyć papierowa, bardzo dobrze przylega do skóry. Ale jaka zimna, potworna opcja na jesień, mimo, że przy kaloryferze siedziałam, aż zatoki zaczęły mnie boleć. Skóra po niej jest mocno lepka, klejąca, ale też jędrna, nawilżona, ukojona. Nie zrobiła mi nic złego, poza tym mrożeniem czoła, to chyba jednak nie jest pora na takie maski. Przeciętniak do którego nie wrócę, bo znam lepsze, mniej lepkie.

 

Skin79 - Fresh Garden Mask - Tea Tree. Dziwny zapach, na szczęście delikatny. Usta zaczęły mnie mrowić chwilę po aplikacji i to uczucie utrzymywało się długo po zdjęciu maski, nawet po jej zmyciu. Zazwyczaj nie zmywam pozostałości po maskach w płacie, ale po niej czułam się nie szczególnie komfortowo, twarz była lepka, no i to mrowienie ust. Bubel? O dziwo nie, rano skóra była niezwykle gładka i przyjemna w dotyku, nawet pory były zmniejszone, a nic w mojej pielęgnacji wieczornej nie uległo zmianie, więc to musiało być jej działanie. Muszę przyznać, że mnie zaskoczyła. Kupię kolejne opakowanie, żeby sprawdzić czy na jakiś zmysł mi się nie rzuciło, bo inne ich maseczki raczej nie powalały. 

 

L'biotica - Maska perłowa - hydrożelowa maska na tkaninie. Rozjaśnia i odmładza. Zaskoczyła mnie, w końcu trafiłam na maskę, która z 2 stron obłożona jest folią do tej pory się z tym nie spotkałam na naszym rynku. Dzielona na 2 części, super przylegająca do twarzy, można z nią normalnie funkcjonować i się nie rusza z miejsca. Żelowa, mało nasączona, źle wycięta, otwory na usta i oczy strasznie malutkie. Tak po 10 minutach zaczęła mnie mrowić, swędzieć w okolicy szczęki. Po zdjęciu skóra była lekko lepka, w sumie nic złego się nie działo, ale też nie zauważyłam żadnych efektów, jakbym nic nie użyła. Plus za to, że nie podrażniła mi oczu, ale co z tego skoro nic nie zrobiła. Nie kupię ponownie, a jeszcze 2 mam w zapasie. 

 

 



3 produkty:

Posty z października 2015:
książki przeczytane we wrześniu
moje zakupy kosmetyczne
ulubieńcy września
denko
CZYTAJ DALEJ
piątek, 21 października 2016

Małe zakupy - Sephora

 
Mam wrażenie, że do marek dostępnych w perfumeriach podchodzę jak do jeża. Nie stękam tak mocno, jak wydam 200,00 zł na pielęgnację, trochę mi cieżko jak mam tą kasę wydać na kolorówkę drogeryjną, ale nagminnie wychodzę z pustymi rękoma, jak wejdę do Douglasa, czy Sephory. Od jakiegoś czasu robię nieśmiałe próby, żeby jednak i ten rynek zbadać, ale ewidentne Panie na które tam trafiam sprawiają, że chce wyjść jak najszybciej. Więc ułatwiłam sobie życie, a zamówienia on-line bardzo do mnie przemawiają.

 

Sephora - Błotna maseczka oczyszczająco-matującą. To ta słynna maska, której wielokrotnie nie mogłam dorwać stacjonarnie. Masakra jaki to agresor, szybko wysycha, ale podczas tego piecze, mrowi i bardzo mocno ściąga. Dosyć uciążliwa do usunięcia, ale bawełniany ręcznik mocno to ułatwia. Po osuszeniu twarzy, jest zauważalnie oczyszczona, ale na nosie jeszcze coś zostało, moje wągry są białe, rzadko robią mi się czarne. Jak używam plasterków na nos to wyciągnę resztki zazwyczaj były lekko żółtawe, czy to znaczy, że dość dobrze oczyszczam twarz? Mam nadzieje, w każdym razie ta maska nie zrobiła z nimi porządku. Mam jeszcze 2 podobne, oczyszczające, więc niedługo zrobię Wam i sobie małe porównanie 😉 Ups ... Porównanie pojawiło się wcześniej ... bywa, skoro nie mogłam się doczekać tej maski. 
Zapraszam na 3 produkty.
Zdenkowałam.

 

 

 

Benefit - How to look the best at everything. Czy jest lepszy sposób, żeby zapoznać się z firmą, niż takie opakowanie miniaturek? Dla mnie bomba. Co prawda w pierwotnym założeniu miałam zamówić tylko bazę, ale cóż ... 

The POREfessional. Po pierwszym użyciu: Naprawdę działa, moje pory od razu stały się mniejsze, mniej widoczne, a skóra wygładzona, choć odrobine rolowała mi się podczas aplikacji, może to przez mój eliksir ryżowy. Zmieniłam eliksir na krem z OlivAloe, fajnie się zgrały bez rokowania, skóra aksamitna w dotyku, ale pory nadal widoczne, nałożyłam korektor z Maybelline, nawet znośnie, ale po 2h pory jak kratery mega zaznaczone. Zmieniłam korektor na fluid z Bell, pominęłam krem do twarzy, efekt końcowy ten sam, przy czym tym razem pory były całkiem ładnie ujarzmione przez wieczorną pielęgnację. Chyba ze mną coś nie tak? Nie umiem używać bazy? Czy moja skóra jej nie lubi?

 

 

 

Sephora - tusz do rzęs. Zakodowałam sobie, że ma dobre opinie, a do tego to mniejsza wersja, która też zapchała mi dziurę do darmowej przesyłki. Na razie nie ruszam, bo znowu otwartych tuszy mam zbyt wiele. Szkoda, że wszystkie tusze nie są w ten sposób pakowane.

 

Próbki:
Sephora - róż. Jeszcze nigdy nie miałam takiej próbki, fajna opcja, zwłaszcza, że produkt nabiera się przyzwoicie, ale ... to nie mój kolor, ten blask i drobinki ... nie.

Repetto - oba zapachy zdecydowanie nie z mojego kręgu zainteresowania. 

Guerlain - Abeille Royale - serum. Uwaga cena za 50 ml to 789,00 zł. Nie uczula, lekka konsystencja, fajnie się wchłania, choć czuć, że coś się nałożyło. Nie wiem po co te drobinki jakby brokatu, ale po nałożeniu już ich nie widziałam, skóra tylko mega się świeciła, choć lepka nie była. Po ... nie było efektu wow, w sumie praktycznie żadnej różnicy nie zauważyłam. Hmm przy tej cenie produktu chyba można oczekiwać, jakichś efektów już po 1 aplikacji prawda? Przy serum z LushBotanicals za 195 zł tak było, więc przy produkcie 4 razy droższym tym bardziej tak powinno być, prawda? A mi tylko po jego nałożeniu syfek się wykluł. 

 

 

Chciałam napisać, że to główny winowajca tego zakupu, ale nim była baza, która ma mi pomoc ogarnąć kratery na mojej twarzy, ale info, że można dostać zestaw próbek Nars przy zakupie powyżej 150 zł, była mocnym motywatorem do szybkiego złożenia zamówienia. 

Radiant Creamy Concealer - korektor - ładny jasny kolor, o dziwo nie za jasny. Zastyga, więc warto go szybko rozprowadzać, ale nie zastyga całkowicie, bo zostawia lepką warstwę, potrzebuje pudru, niestety zostawiony sam sobie wchodzi w zmarszczki. Na całej twarzy podkreśla rozszerzone pory i nierówności, niestety od nałożenia do zmycia wygląda u mnie równie nieestetycznie. Krycie średnie, które znika spod oczu w ciągu paru godzin. Szokująco nie warty swojej ceny. Szkoda, bo byłam mocno nim zainteresowana, całe szczęście, że to tylko próbka, bo żałowałabym tych 139,00 zł. 
3 produkty.

Orgasm - róż - piękny kolor, wielowymiarowy, podstawa różowa, wiele złotych drobinek nadających mu bardziej brązowa poświatę. Nie jestem fanką brokatu, zwłaszcza, że jest ich tu masa, ale ... jest tak ładny, subtelny, odrobina koloru i rozświetlenie. Zupełnie nie to czego się spodziewałam, byłam pewna, że będzie mega intensywny i napigmentowany. Nie można sobie nim zrobić krzywdy. Odświeża twarz i nie podbija moich zaczerwienień tak jak inne róże. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona, zwłaszcza, że spodziewałam się mega bubla.
Ulubieńcy.

Audacious Mascara - tusz do rzęs - ogromna szczota, przypominająca włochatą gąsienice, wielkości mojego oka. Muszę się mocno starać, żeby nie ubrudzić całego oka, a i tak zawsze jest coś do poprawy. Kolor jest intensywnie czarny, rzęsy pogrubione i rozdzielone, choć mają tendencję do sklejania się. Skomentuje tak: kupiłam w końcu ten sławny żółty tusz z Lovely i sięgam po niego chętniej.
3 produkty.

Velvet Matte Skin Tint - Alaska Light 02 - mocno żółty i zdecydowanie ciemny. Ja jeszcze mam resztki opalenizny, ciągle jeszcze jestem 2 w jasnych podkładach, a on jest dla mnie za ciemny, na środek lata by się nadał. Podkreśla bardzo mocno fakturę skóry, pory podbija masakrycznie. Daje lekko pudrowe wykończenie, ale bez pudru się nie obędzie, kontur twarzy trzyma się ładnie, strefa T po 3 godzinach już mocno się świeci, choć po zdjęciu nadmiaru sebum, wyglada niezłe przez kolejne 3, a sporym plusem jest to, że po tym zabiegu nie ucieka z chusteczką/bibułką. Na szczęście próbka malutka, bo nie polubiliśmy się.
Denko.

 



Piątek, piąteczek, piątunio ... zacznijmy weekend muzycznie :D
Dzięki Marzenko 😘

CZYTAJ DALEJ
środa, 19 października 2016

Piękna jesienią - usta

 

Kolejny tydzień akcji Piękna Jesienią. Temat rzeka dla wielu, ale u mnie skromnie. W tym temacie uzależniona jestem tylko od balsamów do ust, ale może powoli coś zaczyna się we mnie zmieniać, coraz cześciej grzebię i w tej części kolorówki.

CZYTAJ DALEJ
poniedziałek, 17 października 2016

Zużyte czy nie, pozbywam się #13

 

Lubię czytać o zużyciach i lubię pozbywać się zużytych produktów, bo to oznacza, że nowe mogę otworzyć, a nowości mam sporo. Tym razem denko takie bardziej pozytywne pokazuję, bo to w większości dobre produkty były, nawet godne polecenia. 

CZYTAJ DALEJ
piątek, 14 października 2016

3 produkty - korektor - Bourjois, Eveline, Rimmel

 

Kocham korektory, a może nie akceptuje swoich cieni pod oczami, chyba jednak to drugie... choć czy to nie za mocne słowo, nie akceptuje, przecież wyjdę bez tapety z domu i nie jest to nic niezwykłego. Mam problem z cieniami, sińcami, opuchlizną i co tam jeszcze można sobie złego wyobrazić dla okolicy pod oczami. Zmarszczki też nie pomagają. Dbam o tą okolicę bardziej i dłużej niż o cokolwiek innego. Niestety z wiekiem i rozwojem choroby, problem narasta, już nie mówiąc, że i mój 2 latek wystający max. o 6:30 też dokłada cegiełkę. Korektory pomagają mi choć trochę zamaskować problem, przed sobą mniej, przed innymi bardziej. 

 

Eveline - Korektor kryjąco-rozświetlający. Kolor: Light. Całkiem niezły produkt, średnio kryjący, więc trochę rozjaśnia moje cienie, ale ich nie maskuje, ale to też mój wielki problem, więc przeciętna kobieta nie będzie przy nim na krycie narzekać. Przynajmniej na początku, bo po paru godzinach, znów mam szaro pod oczami, niestety gdzieś mi ucieka, a to nie przez okulary czy dotykanie twarzy, pod okiem tłusto też nie mam, tym bardziej mnie to dziwi, że dłużej siedzi mi na strefie T niż pod oczami. Przez 3-4 h efekt jest ok, ale nie dłużej. Niestety oksyduje i to dość mocno. Ładnie i łatwo się rozprowadza. Jako baza pod cienie nie spisuje się najlepiej na tłustej powiece. Lekko przypudrowany nie zbiera się w załamaniach. Nałożony na cała twarz ładnie wyglada tylko na początku, potem mocno się świeci i podkreśla niedoskonałości. Na strefie T wystarczy lekko dotknąć chusteczką, żeby zniknął. 

 

 

Rimmel - Wake Me Up. Chorowałam na niego od dłuższego czasu, ale stacjonarnie go nie znalazłam, zamówiłam i nie mogłam się powstrzymać, w końcu mam tyle otwartych korektorów, że warto by było coś zużyć przed otwarciem nowego, nie wyszło.  W sumie to dobrze, bo nie należy do najjaśniejszych, więc nie będzie na niego lepszego momentu niż lato i początek jesieni. Ładny żółty kolor. Nie utlenia się, chyba że minimalnie, bo nie zauważyłam tego. Bardzo przyjemna konsystencja, fajnie się rozprowadza, można lekko budować krycie. Tuż po aplikacji skóra wyglada cudownie, pory prawie nie widoczne cienie przykryte, nie zbiera się w załamaniach, lekko zastyga, więc nie zostaną na nim ślady po okularach, choć co do tych noszonych przez cały dzień gwarancji nie daje. Niestety to wszystko gdzieś ucieka po paru godzinach, po 8h rozszerzone pory są podkreślone, tak samo jak ogólna struktura skóry. A pod oczami jest znowu szaro, nie znika do zera, ale jednak kolor i krycie gdzieś ucieka, mimo, że raczej nie dotykam twarzy w ciągu dnia. Gdzie on ucieka pod oczami skoro mam tam pustynie? Zreszta nawet strefa T nie świeci się z pod niego przesadnie. Przy tym wszystkim nawet po wielu godzinach od nałożenia nie czuję dyskomfortu, ciężkości i lepkości, jak się świecę to przykładam chusteczkę i mogę ruszać dalej. Co ciekawe nawet przy przeziębieniu zostaje relatywnie długo i w dobrym stanie na twarzy, a nos ma daleko do Rudolfowej czerwieni. 

 

Bourjois - Radiance Reveal - korektor rozświetlający. Kolor: 01 Ivory. Chyba najgorszy korektor, jaki kiedykolwiek miałam. Nie zakrywa cieni, tylko je rozjaśnia, ciemnieje co najmniej o ton i to w stronę pomarańczowo-różową. Podkreśla wszelkie niedoskonałości skóry, jeśli nie jest to skóra idealnie gładka, moja taka nie jest, to podbije dosłownie wszystko. Nie zastyga, więc o poprawkach nie ma mowy, bo schodzi, do tego stopnia, że błyszczyk go rozpuścił. Zbiera się w załamaniach, nie utrzyma cieni, zbiera się w zewnętrznym kąciku oka takim suchym pudrem. Siedzi na skórze, nie stapia się z nią, jak nałożę więcej robi efekt maski. Robi pandę, mimo, że nakładam go dużym trójkątem lub po prostu na większość twarzy, mocno odcina wypukłości pod oczami. Wszelkie zaczerwienienia są widoczne, choć pierwotne wrażenie robi całkiem przyzwoicie kryjącego. 
Zdenkowałam.

 

 

Od lewej: Eveline. W środku: Rimmel. Od prawej: Bourjois. 

Podsumowując: Jeśli chodzi o kolor to mimo, że wyjściowo mocno się od siebie różnią, to po paru chwilach jak się utlenią 2 z nich, Bourjois i Eveline, to okazują się być bardzo podobne, żółto-pomarańczowe wręcz. Natomiast jeśli chodzi o najlepsze utrzymywanie się, najładniejszy wygląd skóry po paru godzinach to wygrywa Rimmel, potem Eveline i na końcu Bourjois.  Cała 3 mnie zawiodła, ale Bourjois to jakiś bubel potworny, choć widzę, że wiele osób go poleca w związku z promocją Rossmannową, ja jednak poleciałbym Rimmel Match Perfection. A do tych gagatków raczej nie wrócę.

 

3 etap miał się skończyć tak.

 

A skończył się tak ...



A teraz jeden z powodów dla których kocham jesień. Nowy sezon na Accantusie 🙌🏻

3 produkty:

Posty z października 2015:
denko

CZYTAJ DALEJ
środa, 12 października 2016

Piękna jesienią - makijaż

 

Karolina z Pasje Karoliny zaproponowała akcję pod tytułem "Piękna jesienią". Sama nie wiem dokładnie czemu, ale uznałam, że spróbuję. Chyba najbardziej przekonało mnie to, że w sumie nic nie muszę, jeśli nie zależy mi na nagrodzie. Nie wiem czy zauważyliście, ale ostatnio staram się wrzucać coś nowego w miarę regularnie. Ba, dzięki Marzenie z Draqilka, zaczęłam planować z wyprzedzeniem co się pojawi. Do tej pory to była raczej wolna amerykanka, na co dziś miałam czas, ochotę i natchnienie, totalny spontan. Wspólne motywowanie się, żeby napisać coś na narzucony temat, może wbrew pozorom dobrze mi zrobić. Dziś na tapetę idzie makijaż, a konkretne najlepsze kosmetyki do jesiennego makijażu. 

CZYTAJ DALEJ
poniedziałek, 10 października 2016

Naturalnie z pudełka #5 październik 2016

 

Przedłużyłam subskrypcję o kolejne 4 pudełka. Kombinowałam, kupuję więcej, niż mogę przerobić, po co mam to ciągnąć? Przecież nie wszystko przypadło mi do gustu? Ale z drugiej strony: trafiłam tu wiele perełek, praktycznie co miesiąc, coś z tych pudełek trafiało do ulubieńców. Sama nie kupię zbyt wielu produktów z lepszym składem, a to zawsze dodatkowy zastrzyk kosmetyków trochę innych, niż to co kupuję normalnie, stacjonarnie. No i produkty są na tyle fajnie dobrane, że jest wśród nich zwyklizna, której używa się na codziennie, głównie pielęgnacja, czyli mało jest produktów, których używać nie będę... I tak dalej .... Czy dobrze zrobiłam możecie ocenić same. 



Nowe opakowanie, dla mnie na plus, choć nie ma to większego znaczenia skoro zaraz powędruje do kosza.

 
Przy zamówieniu nowej subskrypcji, można liczyć na prezent. Za pierwszym razem była to pasta Ecodenta, która okazała się hitem w pielęgnacji mojej jamy ustnej. Tym razem biała glinka z Nacomi, jakby wiedzieli jakim leniem jestem i uznali, że potrzebuje motywacji, żeby w końcu zacząć maski robić, a nie tylko kupować gotowce. Poczułam się zmotywowana, po zrobieniu zdjęć, wyciągnęłam miseczkę i olejek, a następnie idąc za radą producenta, nałożyłam paćkę na twarz. 

 

 

 

White Agafia - szampon rokitnikowy - objętość i blask. Cena 12,55 zł za 280 ml. Nie wiem jak ma się White Agafia do Babuszki Agafii, ale jakoś tak bardzo podobnie wyglądają, więc już na dzień dobry jestem uprzedzona, bo produkty od Babuszki Agafii nie przypadły mi do gustu, tak mocno, że przestało mnie kłębić, jak widzę i czytam zachwyty nad nimi. Mam, więc postawiłam na wannie, wypróbować trzeba, jakby co piątek przeżyje, będę się ratować po tym szamponie w sobotę. Po pierwszym użyciu, wow, ładnie pachnie, fajnie delikatnie się pieni, nie wysusza włosów, nie plącze ich. Podczas suszenia byłam pod wrażeniem jak super miękkie były moje włosy, już dawno tak nie miałam, a zmieniłam tylko szampon, bo standardowo nałożyłam tą samą odżywkę, której używam od dłuższego czasu. Chyba będzie hit.

 

 

 

Mydlarnia Cztery Szpaki - Super Blend - masło shea , masło kakaowe, olej kokosowy. Cena 30,00 zł za 150 ml. Od jakiegoś czasu planowałam coś u nich kupić, co prawda masła to raczej nie moja bajka, ale ostatnio po odkryciu uroków OlivAloe, jakoś tak łatwiej przychodzi mi myśl, żeby ich używać. Zwłaszcza, że mam pomocnika, który bardzo się polubił ze smarowaniem i chętnie odkręca pudełko i miesza paluchem zawartość, efekt taki, że dla niego całe ciało starczy, a i mamie coś się dostanie. Konsystencja jest zupełnie inna niż się spodziewałam, to nie jest gęste masło. Łączycie czasem żółtko z cukrem, to taka konsystencja zanim zrobi się kogiel mogiel. Miękka, choć nie płynna, z grudkami, które momentalnie się rozpuszczają. Co zaskakujące bardzo szybko wchłonęło się w skórę, gdy nałożyłam w małej ilości. Zaskakujący produkt. Zdenkowałam.

 

 

Dizao Organics - maseczka tkaninowa pod oczy. Cena 9,00 zł za 4 płatki. Kocham maseczki, ostatnio te wpłacie mnie opętały. Pierwszy minus 4 płatki razem, więc trzeba paluchy wsadzać, dzielić, no i zużyć dzień po dniu, lub rano i wieczorem, mało higieniczne rozwiązanie. Poza tym fajnie nawilżone, elastyczne płaty, przypominają bawełniana szmatkę, dobrze przylegają do twarzy, łatwo dobrze dopasować, bo się rozciągają. Ale czuje mrowienie pod płatkiem i strasznie mrowi mnie linia rzęs, mimo, że tak blisko go nie nałożyłam. Za pierwszym razem nałożyłam też maseczkę z białej glinki, ale za drugim razem, specjalnie dałam im pole do popisu samodzielnie, żeby mieć pewność co do winowajcy. Samo zdjęcie daje ulgę, ale jeszcze twarz na wszelki wypadek przemyłam. Straszny bubel.

 

 

Yasumi - Konjack Sponge. Cena 19,00 zł. Lubię te gąbeczki, ostatnio nawet zrobiłam sobie większy zapas gąbeczek o rożnych właściwościach. Ta ma być wzbogacona o aloes dla skóry suchej i wrażliwej. Jak to nowa gąbka dużo wody potrzebowała, ale zrobiła się mięciutka. Dosyć dużą powierzchnię ma, więc to też na plus. Fajnie myje, ale nie podrażnia, już na moim 2 latku testowałam ich działanie, wystarczy dorwać go gdzieś w locie i wilgotna gąbeczka twarz przemyć, sama po sobie wiem, że jest tak miękka, że krzywdy nie zrobi, więc i protestów większych u malucha nie będzie. Bardzo fajny produkt, jeśli jeszcze nie miałyście, to warto się zaopatrzyć w taki gadżet, bo skóra naprawdę jest lepiej oczyszczona i przyjemnie gładka w dotyku, a nie podrażniona, plus można jej używać z żelem do mycia twarzy lub bez. 


 

BioPha Organic - dezodorant ałunowy. Cena 26,90 zł za 50 ml. Wygląda jak zwykła kulka, przyjemnie pachnie, póki co dobrze się wydobywa z opakowania, w sumie nawet bardzo obficie, spory kontrast choćby w porównaniu do kulki z Alterry. Trochę się lepi tuż po aplikacji. Póki co nie mam mu mu nic do zarzucenia. Choć to jesień, na fitness nie chodzę, ale tak w codziennym życiu, które też potrafi sprawić, że się pocę, nie czuję swojego przechodzonego zapachu pod koniec dnia.

 
 

Podsumowując: bardzo udane pudełko, poza płatkami, jestem z niego zadowolona. Jak się Wam podoba jego zawartość?
 

Rossmann - 2 etap promocji.
CZYTAJ DALEJ
TOP